Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Potworna tama czyli jakbym uszczęśliwił Zakopane

Minęły zawody międzynarodowe — należy te­raz poważnie zastanowić się nad sprawą regula­cji Zakopanego. Nie piszę tego jakobym miał za­miar krytykować plan dyrektora Stryjeńskiego, przeciwnie uznaję jego niepospolite zalety i do ostatnich jeszcze dni marzyłem o tej chwili, gdy jako zgrzybiały staruszek, łysy i zgarbiony, pój­dę sobie słoneczną aleją — wzdłuż zboczy Guba­łówki, lub siądę na ławeczce w Parku Sportowym u stóp Krokwi i z lubością patrzeć będę kaprawymi ślepiami na wnuków Andrzeja Krzeptowskiego, wesoło kopiących football na zielonym boisku.

Przed kilku dniami tknęło mnie coś jakby objawienie, poczułem, że jeżeli nie wypowiem się natychmiast, będę zmuszony wkrótce udać się do psychiatry. Ponieważ skromność uważano też za pewien wysubtelniony rodzaj molizmu, zrzucam pychę z serca i wypowiadam się otwarcie, bez względu na skutki, jakie to wywołać może. Nie to bowiem, że niema funduszów na regulację, że bez stworzenia kasyna gry, którego dochodami można by finansować pierwsze prace, nie ruszymy z miejsca przed powrotem komety Orkisza.

Jakże jednak pogodzić sprzeczne interesy oby­wateli naszego uzdrowiska i planów regulacji… „Niejednemu projektowana droga przekreśla war­tość całej parceli, temu obcinają to z przodu, czego tamten ma za dużo i na odwrót. Strasznie mało za­dowolonych. Każdy narzeka i protestuje. Jak tu wszystkim dogodzić? Jeden sprzedaje centymetr kwadratowy ziemi po dolarze, drugi może się tylko pochować na własnej parceli — i to na koszt gmi­ny. I jak temu zaradzić?

Znam jeden sposób prosty i genialny zarazem. Wygląda on mniej więcej tak:

Należy wybudować olbrzymią tamę, między Gubałówką a Antałówką, zaczynając od stacji kolejowej, obok zakładu Czer­wonego Krzyża, tak iżby to Sanatorium i Szpital gminy znalazły się poza obrębem tamy. Nie wątpię, iż pacjenci szybko wracaliby do zdrowia, patrząc ze strachem na grożącą ustawicznie przerwaniem niebotyczną groblę. Wybudowano coś podobnego na Niebieskim Nilu, czemu by nie spróbować na Białym Dunajcu? — W Sudanie zatrudniono dwa­dzieścia tysięcy robotników przez lat dwadzie­ścia. U nas można by odwrotnie dwunastu robot­ników przez dwadzieścia tysięcy lat. Ostatni rok pracowano dzień i noc. Noce ze względu na marne oświetlenie, możemy sobie darować, ale nadrobimy wytężoną pracą w świetle słońca.

Wyobraźmy sobie, że nadszedł nareszcie ostatni rok pracy. Rośnie gigantyczny wał. Pociągi do­wożą nieustannie góry cementu. Zachłanna czeluść połknęła wszystek tatrzański piarg. Niepotrzebne dla turystów — szczyty rozsadzą się ekrazytem. Pada Żółta Turnia, Kosista i parę pomniejszych wyniosłości. Nie pomagają protesty ochraniarzy. Starzy bywalcy Zakopanego nie poznają; nareszcie wszyscy pracują. Każdy ima się kilofa, by czym rychlej ujrzeć zatopioną parcelę sąsiada, własną już przebolał. Paru malarzy rzuciło góry na zaw­sze. Malują tylko tamę z przodu i z tyłu, przy wschodzie i zachodzie słońca, z baranami lub bez w niedzielę i dzień powszedni; z dalekiego świata przyjeżdżają ciekawi.

Wreszcie nastał uroczysty dzień. Szkoła prze­mysłu drzewnego zamieniona na arkę przyjmuje po parze przedstawicieli wszystkich gatunków za­kopiańskich obywateli. Idą pary za parami. Chudzi i grubi, kupcy, bławatni i kolonialni, urzędnicy gminni i klimatyczni, państwowi, malarze, sietniacy, profesorzy, właściciele i właścicielki pen­sjonatów. Tanecznym krokiem nadbiega samotny pan Bodzio. Znów idą lekarze, adwokaci, narciarze, para Zająców, jeden Myśliwiec, Kwapienie, pieka­rze, chyłkiem pomyka Hirszprung. Dumni kroczą gazdowie i ci z Równi Krupowej i ci z za Wody, z Żywczańskiego i ze Starej Polany. Niejeden niesie dobytek w dolarach, cała inteligencja pro­wadzi przynajmniej po parze psów, wilka i dober­mana. Fabrykanci i przemysłowcy idą weseli jak trznadle. Nie możemy się dziwić. Kamień spadł im z serca. Już nie ujrzą swoich przedsiębiorstw. Paru malkontentów wywieziono rano samochodem do Nowego Targu. Dyrektor Stryjeński, nowożyt­ny Noe, zapisuje nazwiska wchodzących, wydaje numery porządkowe i wszystkich dzieli na „kre­tynów” lub „chłoptasi”.

Zapada zwolna wiekopomna noc. Wody gór­skich potoków wstrzymane dotąd śluzami napeł­niają wartko dno przyszłego jeziora. Zadygotała arka i leniwo wznosi się na nabrzmiewającej fali. Deszcz nie próżnuje, sprowokowany przepowied­zą długotrwałej posuchy. Świta dzień pierwszy. Od Skibówek aż po Stamary domy stoją w wo­dzie. Czysty nurt pokrywa brudy, budy i rudery, doły kloaczne i uliczne. Na sterczących z odmętów kominach, gromadzą się pluskwy. I tak to trwa przez dni czterdzieści.

Ostatniego dnia zakopiańskiego potopu uka­zuje się nad wodami tęcza, ślicznie w szkole wy­strugana i pomalowana jaskrawo.

Radość zawitała na niejednym obliczu, które byś wolał ujrzeć dziesięć metrów pod wodą. Pa­nowie Gołąb i Moczydłowski krążą w przestwo­rzach na samolotach i rozrzucają barwne ulotki. Gładka szyba jeziora hen od Kościelisk aż po Koziniec pozwala śmiało żeglować arce przymie­rza. Wprawna ręka posła Kozłowskiego spoczywa na sterze. Przybijamy wreszcie do brzegu. Spra­wiedliwości stało się zadość. Wszystkie parcele pod wodą. Hotele, bazary, wille tak prywatne jak publiczne stały się zajazdami dla pstrągów, ło­sosi i lipieni ku uciesze zapalonych rybołówców. Jak po narciarskim bankiecie nie rozróżnia się gdzie Mor. Oko, a gdzie Trzaska. Wszyscy zado­woleni, lecz każdy skrzywdzony. Próbują smaku wody. „Ależ to słone jak jezioro w Persji” — woła sławny podróżnik pan G.

– Wymoczyły się nasze cenniki — odpowia­da ktoś niesmacznymi dowcipem.

– Największa parcela funta kłaków nie war­ta — rozkoszuje się głośno taką myślą pan Z.

Przyszła ludność przyszłego Zakopanego roz­bija namioty pod krzyżem na szczycie Gubałów­ki. Doktór Świerz objaśnia zebranym nazwy ko­minów sterczących dumnie z wody. O piątej dan­cing.

U stóp polskiej Niagary pracują niezmordo­wanie turbiny. Cała Rzeczpospolita oświetlona, wszystkie fabryki pędzone siłą elektryczną pro­dukują za bezcen. Bilans handlowy dodatni. A my w Zakopanem pozbyci niechęci i zawiści do bliźniego, żyjemy bez Trzaski.

Firma „Panta” zmieniła nazwę na „Panta rei” (wszystko płynie) i zajmuje się fabrykacją krów morskich. Używa do tego naszej czerwonej rasy.

Mija parę lat. Białe domy, hotele pensjonaty, wznoszą się amfiteatralnie na spadzistych brze­gach jeziora. Tarasami spadają ogrody. Niczym Genua, na gorącej plaży świecimy wszyscy golizną. Motorówki prują szafir wód. Parowce od­pływają co godzinę do Kuźnic. Hydroplany sia­dają na jeziorze jak kaczki. Wysiadają cudzo­ziemcy, Czesi i Anglicy, Krakowianie i Amery­kanie.

A zimą? — Po gładkiej tafli lodu mkną dzi­kie mustangi, za nimi uwiązani narciarze używają ski kjöringu. Sanki żaglowe i motorowe przekre­ślają wydłuż i wszerz białą powierzchnię.

Znów dzieci się rodzą. Młode pokolenie nie zna zatopionego miasta. Tylko czasem jakiś dziadowina zapłacze na kamiennym molu.

— Tu był sławny wytrysk „Wnuka” — szep­cą drgające wargi — a tam bito krowy i wieprze. Boże, mój Boże! — a tam to po pysku — mruczy na pocieszenie i uśmiecha się na we­wnątrz.

I ja uśmiecham się z goryczą. A nuż nie usłuchają mojej rady. Nuż wyśmieją i odeślą z kwitkiem do Pilca. Nie to nie — powiadam so­bie, nie jeden zawód przeżywa się w tym i przy­szłym życiu — jak uczy doświadczenie. Gdy moje perswazje, obliczenia, kosztorysy, plany, rysunki, które każdej chwili przedstawić mogę, nie przekonają czynników miarodajnych, podam plan drugi, o wiele prostszy, tani, a obliczony na długie lata rozkwitu Zakopanego. W kilku słowach naszkicuję. Dekretem Prezydenta Pań­stwa zwija się wszelkie więzienia na terenach Rzeczypospolitej i zakłada się jedno wielkie w byłej letniej stolicy.

Na pozór brzmi to nieswojo.

Jak to! — zapytają — a goście? — ba! i tak część ich powróci pod eskortą.

Proszę czytać codzienną prasę. Człowiek co rano z pewną obawą czyta „Kuriera”, czy nie dowie się o tym, co do dzisiejszego dnia nakradł. A na reszcie nie powinno nam zależeć.

Bez specjalnych dochodów wyjeżdża się prę­dzej na cmentarz, niż na letnisko.

Pomyślmy tylko. — Nie mam statystyki pod ręką, ale śmiało przypuszczać mogę, iż mielibyś­my do piętnastu tysięcy gości i to stale, a nie w ciągu całego roku. Większość pokoi nadaje się cudownie do systemu celkowego. Tylko okratować musimy okienka. Każden z większych wła­ścicieli pensjonatów miałby do wyboru kategorię zbrodni, która mu najbardziej odpowiada. Najgo­rzej z politycznymi. Mało znani w tutejszych sfe­rach, nie przyzwyczają się tak łacno do komfortu i zatęsknią za Łysą Górą.

Lecz za to inne kategorie, począwszy od fał­szerzy banknotów do fałszerzy bilansów, egzo­tyczni przestępcy naszej finansowej dżungli, re­kordowe orchidee występku rozkwitłyby szybko w przyjaznym klimacie. I do pożywienia rychło by się przyzwyczaili. Rząd płaciłby miesięcznie pensjonatom od twarzy i jego obowiązkiem by­łoby zapełnić luki świeżym towarem, luki spo­wodowane ucieczką, śmiercią, amnestią lub innym przypadkiem. Jestem ciekaw, czyby nam wtedy dała rady Krynica? — Wrogie a tajne siły za granicą nie mogłyby oskarżać nas o nie­ludzkie obchodzenie się z więźniami, chociaż któż tam wie… mniejsza z tym. Powracam do najważniejszej sprawy — regulacji. Dochód był­by stały, a regulacja zgoła zbyteczna. Bo i cóż takiemu, który ciągłe siedzi, po nowej ulicy lub Parku Sportowym?

T.K.U. można by zaraz zwinąć. Gminę nie­długo potem. Dyrektor wiezienia, paru pomocni­ków, kilkaset stróżów wystarczyłoby znakomicie. Nie radzę długo się namyślać. Któreś drugie uzdrowisko nas ubiegnie i co potem? …

Post scriptum:

W razie przyjęcia pierwszego z moich projek­tów zakładam Towarzystwo wykupna terenów budowlanych na Gubałówce, Antałówce i Re­glach. Mam chyba prawo zastrzec sobie pierw­szeństwo.

 Tekst: Rafał Malczewski

 

Głos Zakopiański nr 6 z 1926

Pierwodruk:

„Głos Zakopiański” nr 6 z 17 marca 1926, s. 3-4

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.