„Szkice zakopiańskie” – zapowiedź książki Macieja Pinkwarta

Na stronach tej książki będziemy wędrować po Zakopanem i Tatrach, poznawać ciekawe i oryginalne dzieje krainy zarazem egzotycznej, jak i popularnej, wielokrotnie już opisywanej – i nadal stanowiącej przedmiot zainteresowania badaczy: historyków, przyrodników, etnografów oraz milionów turystów. Kraina bajki i legendy, miejsce osobliwości przyrodniczych i historycznych, faktów i mitów przedziwnie splatających się w umysłach przeciętnych Polaków i tworzących nader interesujący obraz współczesnego Zakopanego.

Będziemy tu mówić o Tatarach i Hindusach, o smokach i czarodziejskich wężach, o śpiących rycerzach i zaklętych skarbach. Odwiedzimy największe zakłady metalurgiczne Galicji, zapoznamy się z przepisem na góralską zupę poziomkową, przyjrzymy się śladom, zostawianym w Tatrach przez ich pierwszych zdobywców, podejrzymy, jak zdobywała męża największa polska aktorka i dokąd zaprowadziła największego polskiego pisarza. Zobaczymy, jak funkcjonowało pierwsze sanatorium przeciwgruźlicze i jaki był program pierwszego kursu narciarskiego. Zamyślimy się nad pierwszymi dniami zaborów – które właśnie od ziem podtatrzańskich się rozpoczęły – i nad pierwszymi dniami niepodległości, która najpierw przyszła do Zakopanego w 1918 r.

Dla wielu bywających pod Giewontem gości niewielkie są różnice między Zakopanem a, powiedzmy, Ciechocinkiem, Kudową czy Kołobrzegiem. Uregulowany tryb życia: od wieczorku zapoznawczego przez kilkanaście śniadań, obiadów, kolacji – do „zielonej nocy”. Niby pejzaż za oknem inny, ale dla wielu osób tatrzańska sceneria to tylko dekoracja: przeciętni bywalcy Zakopanego znają w Tatrach niemal wyłącznie trzy miejsca – Dolinę Kościeliską (zwiedzaną autokarem i fiakrem), Morskie Oko (autokarem) i Kasprowy Wierch (kolejką). Ci wszyscy tak ukształtowani „znawcy Tatr” w ankietach socjologicznych podają, że przybywają tu zdobywać góry… Na szczęście, znakomita ich większość ogranicza swoją tatrzańską aktywność jeśli nie tylko do wymienionych miejsc, to co najwyżej jeszcze do kilku dolinek reglowych. Ale i ta mniejszość, która wyrusza na dalsze trasy (liczbę najpopularniejszych szlaków da się wyliczyć na palcach) – powoduje irytujący tłok i zaburza równowagę ekologiczną i emocjonalną tatrzańskich wędrówek, a w newralgicznych punktach (Giewont, Zawrat, Świnica) strażnicy TPN muszą regulować ruch.

Czy jednak tylko do tatrzańskiego pejzażu można ograniczać różnice między Zakopanem a innymi wczasowiskami? Zapewne – Tatry i ich przemożny urok, ich cechy fizjograficzne i klimatyczne stworzyły legendę zakopiańską. Ale potem, w toku blisko dwustuletniej historii, dzieje Zakopanego toczyły się w dużej mierze samodzielnie, bez pełnej jedności kulturowej z Tatrami.

Czymś, co najbardziej wyróżnia Zakopane spośród wielu miejscowości podobnego typu, są jego tradycje historyczne i kulturalne, miejsce, jakie stolicy podtatrzańskiej przypadło w dziejach historii i kultury Polski. Mówiło się przed I wojną światową o Zakopanem jako o „letniej stolicy Polski”. Dziś bardziej znamy określenie Zakopanego jako „zimowej stolicy”, choć po prawdzie ma ono już raczej tylko stylistyczny charakter – jako synonim Zakopanego. Ale między tymi dwiema „stolicami” – letnią i zimową – różnica leży nie tylko w kalendarzu: przed 1918 r. bowiem mówiono o Zakopanem jako o stolicy Polski, czyli państwa, którego formalnie rzecz biorąc nie było na mapie Europy. Zatem owa zakopiańska „stołeczność” leżała w sferze nader niematerialnej: kulturowej, towarzyskiej, duchowej wreszcie. Tym wszakże była ważniejsza.

Tematem tej książki będzie historia Zakopanego jako stolicy właśnie – od „prehistorii”, to znaczy od początków osadnictwa, do końca lat międzywojennych, a w niektórych dziedzinach do współczesności.

Dziś, gdy pamięć o okresie rozbiorów niemal już całkiem zanikła, a oferta zimowa Zakopanego w największym stopniu dotyczy sprzedaży koszmarnych pamiątek oraz konsumpcji smażonych kiełbasek i piwa na świeżym powietrzu, zaś opinia narciarzy amatorów podsumowuje ten stan rzeczy stwierdzeniem, że największą atrakcją zimowego Zakopanego jest…bus do Białki Tatrańskiej – czy owe „stołeczne” tradycje są już tylko cieniem dawno minionej przeszłości? Nie bardzo: proszę wziąć od ręki rocznik jakiegokolwiek ogólnopolskiego czasopisma. Można się założyć, że pełno będzie tam wzmianek o Zakopanem, artykułów publicystycncyh na temat jego zabudowy i komunikacji, namiętnych dyskusji na temat wypasu owiec, turystyki, schronisk, działalności dyrekcji Tatrzańskiego Parku Narodowego, zakopiańskiego teatru i tp. Czy kiedykolwiek tak namiętnie dyskutowano w prasie na temat tego, jak zabudowywać centrum Małkinii, lub też co wypasać, a czego nie na przedmieściach Iławy, albo ile osób może jechać na konnym wozie w okolicach jeziora Wigry? I jakie tętno po takiej przejażdżce mają suwalskie konie?

Jednym ze stałych tematów publicznych dyskusji o Zakopanem, Podhalu i Tatrach jest wypas owiec na tatrzańskich halach. Nie wdając się w tym miejscu w szczegółowe polemiki (zawsze uważałem, że nie owce najbardziej szkodzą Tatrom, tylko barany…), przypomnijmy, że jednym z koronnych argumentów za wypasem jest stwierdzenie, że owce zawsze były w Tatrach i nie przeszkadzały. Podobnie mawia się, że „od zawsze” górale mieli Tatry na własność, więc tylko oni mogą decydować o tym, co się w nich dzieje. Nie dyskutując z tym (chybionym zresztą) argumentem, zastanowimy się na początek, od kiedy owo „zawsze” naprawdę się zaczyna i jak to było najdawniej z kwestiami własnościowymi w Tatrach i na Podhalu.

Niniejszy cykl opowieści powstał w trakcie moich kilkuletnich spotkań ze studentami, przebywającymi w zakopiańskim Akademickim Centrum Rehabilitacji, a potem – na potrzeby moich wykładów na kursach przewodnickich w Zakopanem oraz zajęć z Wiedzy o Regionie w zakopiańskiej Państwowej Ogólnokształcącej Szkole Artystycznej.

Część pierwsza

Gąsienice i królowie

Sąsiad niedźwiedź

Powinniśmy całą tę historię zacząć od potopu, albo i jeszcze wcześniej. Ale jakiejż wyobraźni trzeba, aby w miejscu dzisiejszego Zakopanego zobaczyć wilgotną puszczę tropikalną, pełną drzewiastych paproci, glossopteris, odnajdywanych na terenach owianego tajemnicą superkontynentu Gondwana, walchii i olbrzymich sagowców… W błotnistym gruncie pełzały wymarłe dziś gatunki płazów, w rozległym Morzu Tetydy pływały dziwaczne ryby trzonopłetwe i pancerne amonity, a obłe pagórki Pratatr porastała roślinność, charakterystyczna dla klimatu śródziemnomorskiego…

Trzeba by wyobrazić sobie tę ciszę, gdy po tysiącleciach poziom morza podniósł się tak, że przykrył najwyższe wierzchołki, a wapienne szkieleciki otwornic bezszelestnie przez wieki opadały na dno, tworząc wielometrowe wapienne warstwy.

I potem górotwórcze siły z wnętrza ziemi znów zaczęły wydobywać ogień. Morze spłynęło, wyparowało, wybuchło w gigantycznej chmurze. Półpłynna magma wydobyła się na wierzch, przykrywając osady wapienne. Ziemska skorupa zaczęła się fałdować, jak skórka na pieczonym jabłku, a potem, jakby olbrzym nacisnął ręką niezbyt mocno nadmuchany materac – fałdy zaczęły się przemieszczać z południa na północ, wpadać jedna na drugie, stawać dęba, przesuwać się nad sobą. Z głębin dzisiejszej Słowacji fala górotwórczych ruchów uniosła osadowy pagór i, przerzucając ponad fałdem Czerwonych Wierchów, ustawiła na boku w kształcie śpiącego rycerza. Stanął Giewont na przedpolu Tatr, górując nad niższymi również wapiennymi wzgórzami Regli. Krystaliczny, w głębi ziemi utworzony płaszcz, pokrył osadowy trzon Czerwonych Wierchów. Podziemne moce zwaliły na bok wapienną wyspę Kominiarskiego Wierchu. Najwyżej wyrosły najmłodsze, niemal nagie granity Tatr Wysokich – a zaraz obok nich bujną roślinnością pokryły się kredowo białe wapienie Tatr Bielskich. Po wiekach pracy mistrzów ognia i gromu, znów zapanowała nad Tatrami cisza.

Klimat, początkowo ciepły, ochładzał się. Z północy szła wieczna zmarzlina. Zimy przychodziły coraz wcześniej i trwały coraz dłużej, wreszcie kiedyś lato w ogóle nie wróciło. Nadciągnęły epoki lodowcowe. Rośliny subtropikalne wymarły. Zwierzęta i ptaki ciepłych lasów podgórskich przeniosły się na południe. W górach zagościły wielkie, pokryte gęstym futrem niedźwiedzie, zamieszkujące w jaskiniach i dziś zwane jaskiniowymi. Największym drapieżnikiem był tygrys szablozębny. Przez równinną tundrę podhalańską przebiegały stada reniferów. Na cieplejszym przedpolu Pienin ciężko stąpały mamuty.

A człowiek? Czy zaglądał w te niezbyt gościnne, porośnięte puszczą strony? Czy w okresie epoki lodowcowej naprawdę dotarł w Tatry?

Ba! Był tu dużo wcześniej…  

Starzy górale

Starzy górale

Ludzie pojawiają się pod Tatrami kilkadziesiąt, może nawet sto tysięcy lat temu – o czym świadczą znaleziska w jaskini Aksamitka w słowackich Haligowcach oraz po polskiej stronie – w jaskini Obłazowa w Nowej Białej na Spiszu. Jak się okazuje, w epoce środkowego paleolitu pod Tatry przybywali ludzie, których ściągnął w te strony – trudno w to uwierzyć – dogodny klimat, cieplejszy niż na Niżu Europejskim oraz bogate złoża radiolarytu znajdujące się w rejonie pienińskiego pasa skałkowego. Z minerału tego, utworzonego z opadających na dno morza skorupek promienic, pierwotni ludzie wytwarzali prymitywne narzędzia. Najstarsze stanowisko, w którym odnotowano bytowanie ludzi nie tylko w naszym terenie, ale w ogóle na ziemiach polskich znajduje zatem w niewielkiej, nie do końca jeszcze zbadanej jaskini, usytuowanej w zboczu góry Obłazowej – która wraz z sąsiednią Kramnicą tworzą przełom Białki.

Jaskinia Obłazowa była penetrowana już 80-50 tys. lat temu. W czasie dotychczasowych badań jaskini rozpoznano w niej kilkanaście warstw kulturowych. Szczególnie interesująca była warstwa ósma datowana na ok. 30-28 tys. lat p.n.e., która zawierała liczne ozdoby oraz narzędzia z kamienia i rogu – w tym słynny już bumerang z kości mamuta. Zapewne miał on charakter rytualny, a nie wojenny, o czym mogą świadczyć jego ozdoby. W warstwie tej znaleziono też dwa fragmenty kostne – jak się okazało – obcięte ludzkie palce, będące najstarszymi szczątkami ludzkimi znanymi z ziem polskich. Należały do osobnika, liczącego mniej niż 18 lat. Prace w Obłazowej trwają, choć powoli – z braku środków finansowych. Ostatnio odkryto nowe korytarze i być może pozwoli to odkryć jeszcze wcześniejsze warstwy, może nawet sprzed 100 tys. lat. Uczeni uważają, że w samej jaskini był ośrodek kultowy – i to wykorzystywany raczej tylko sezonowo, a ludzie, jeśli w ogóle zatrzymywali się tu na dłużej, musieli mieszkać w okolicy.

Skąd przyszli i dokąd odeszli – nie wiemy. Musieli znaleźć tu zupełnie dobre warunki do bytowania, bo przybywali na to miejsce przez co najmniej kilkanaście tysięcy lat. A pomyśleć, że my się tu chlubimy liczącą siedem wieków lata historią miasta, czy niewiele ponad dwa tysiące lat liczącą tradycją chrześcijańską, a nawet mającą niespełna pięć tysięcy lat piramidą Cheopsa – podczas gdy tuż obok nas mamy ślady kultury, kwitnącej tu przynajmniej 20 razy dłużej…

Nieco później, między siedemnastym a piętnastym stuleciem przed Chrystusem na Podhale przybyli emigranci z Europy Zachodniej, wywodzący się z kręgu kultury magdaleńskiej. To dalecy krewni pierwszych artystów, którzy zdobili malowidłami ściany jaskiń w hiszpańskiej Altamirze i francuskim Lascaux. Trafili tu podążając za obiektami swoich polowań – reniferami, które były głównym daniem w ich skromnym menu, a zarazem stanowiły surowiec do produkcji odzieży i narzędzi, wykonywanych z kości. Najwięcej śladów tych wędrownych myśliwych pozostało w Sromowcach Wyżnich–Kątach, Koniówce, Podczerwonym i Dziale.

Osadnictwo w tym regionie utrwaliło się na kilka tysiącleci, czemu sprzyjało ocieplenie się klimatu w czasie kolejnego interglacjału, oraz powstanie w Kotlinie Nowotarskiej sporego jeziora, kiedy to zmienił się bieg Czarnego Dunajca, który do tej pory wpadał do rzeki Orawa, a 10 tysięcy lat temu przebił się przez dział wodny i połączył z Białym Dunajcem, tworząc na terenie dzisiejszego Nowego Targu duży zbiornik wodny. Ale wkrótce temperatura zaczęła opadać, powróciły renifery, a osadnictwo pojawiło się także na Orawie, dokładnie w okolicach Lipnicy Wielkiej i Jabłonki.

Do tej pory, w okresie paleolitu, pierwotni ludzie przybywali na teren polskiego Podtatrza z Zachodu i północy. Tymczasem, gdy pięć tysięcy lat przed naszą erą zaczęła się młodsza epoka kamienna, osadnicy zaczęli przechodzić przez linię Karpat od południa, przynosząc z sobą nieznaną tu przedtem znajomość uprawy roślin i chowu zwierząt, a także budowy domów i umiejętność wykonywania glinianych naczyń. Przybysze posługiwali się też znacznie bardziej rozwiniętymi narzędziami kamiennymi, między innymi niewielkimi siekierkami. Najstarsze ślady tego rodzaju wyrobów pochodzą z Doliny Kondratowej w Tatrach oraz z Rabki. Jednakże osadników musiało być niewielu, gdyż badania paleobotaniczne wskazują, że w okresie wczesnego neolitu nie stwierdzono obecności na Podhalu ingerencji człowieka w szatę roślinną Podhala na większą skalę. Zjawisko to nasila się dopiero pod koniec neolitu i w początkach epoki brązu – jednakże wówczas zaczyna docierać do nas ludność już nie zza Tatr, lecz ze środkowej Małopolski – i ta tendencja utrzyma się przez setki lat. Bardziej znane artefakty z tego okresu to kształtna siekierka, znaleziona w Zakopanem na Równi Krupowej, oraz toporki z Nowego Targu i Łapszanki. Ślady osadnictwa z okresu brązu znaleziono także na polskiej Orawie, w Łopusznej, Frydmanie, Nowej Białej, Szaflarach, Białym Dunajcu i Bańskiej Niżniej.

Z okresu kultury łużyckiej (1300-400 p.n.e.) pochodzi niewiele znalezisk na samym Podhalu, choć w jego sąsiedztwie (Spisz, Orawa Słowacka, Liptów, Pieniny) mamy ich sporo. Jednakże kotlina Orawsko-Nowotarska była cały czas zamieszkała, o czym świadczą badania pyłków roślinnych, przechowanych w torfowiskach, gdzie stale rośnie liczba pozostałości roślin uprawianych przez człowieka. O ile można sądzić, nie dotarły do nas w jakichś znaczących ilościach migracje ludności celtyckiej z kręgu kultury puchowskiej, obserwowane na słowackiej Orawie.

Natomiast na przełomie er Podhale było najwidoczniej terenem wędrówek kupców rzymskich lub peregrynujących po terytorium imperium, o czym świadczą znaleziska dawnych monet – najstarszą, z lat 211-307, zwaną srebrnym antoninianem znaleziono w Czarnym Dunajcu, natomiast z IV wieku naszej ery miały pochodzić monety wykopane w Nowym Targu i przechowywane w tutejszym gimnazjum, zaginione jednak w czasie II wojny światowej. Inną monetę, srebrny denar, znaleziono w Poroninie. W Rabce z kolei znaleziono monety cesarza Justyniana, pochodzące z VI wieku.

Romantyzm paleologii dotarł do Zakopanego u progu XX wieku. W 1900 r. młody uczony Mieczysław Limanowski tworzył ekspozycję geologiczną Muzeum Tatrzańskiego. Do jej uzupełnienia potrzebował szkieletu niedźwiedzia jaskiniowego – dotychczas odnajdywano w Tatrach (głównie w Jaskini Magurskiej) spore fragmenty kostne, ale całego szkieletu nie odnaleziono.

Wybrali się przeto na wycieczkę paleontologiczną Mieczysław Limanowski, młody student geologii Ferdynand Rabowski oraz uczeń, piętnastoletni Stanisław Ignacy Witkiewicz z ojcem. Szkieletu, co prawda, nie skompletowali, ale Witkiewiczowie znaleźli trzy fragmenty kostne, według nich wskazujące na ślady obróbki ludzką ręką. Dwa z nich uznano za amulety, jeden – za grot od strzały. Prawdziwość takiej oceny potwierdzili dwaj uczeni i sensacja obiegła cała Polskę: odkryto ślady tatrzańskiego człowieka jaskiniowego!

Dla Limanowskiego była to nie lada gratka i okazja do ubarwienia ekspozycji. W dziale geologicznym zatem znalazły się trzy fragmenty obrobionych kości niedźwiedzich i fotografia pitekantropa z podpisem informującym, że tak oto wyglądał tatrzański człowiek jaskiniowy, przodek dzisiejszych górali zakopiańskich.

W Zakopanem zawrzało. Teoria ewolucji, od której teraz w antropogenezie tak ochoczo odchodzimy, wówczas jeszcze nie bardzo trafiała do ludzi, nie tylko w Zakopanem. Małpoluda nie przewidywała księga Genesis, więc znalezisko „socjała” Limanowskiego uderzało w uczucia religijne. W dodatku pragóral był jakby niekoniecznie ubrany, zatem obrażał również moralność. Wreszcie – był okropnie szkaradny. Mówili zakopiańczycy, że tak to może wyglądał przodek Limanowskiego i Witkiewicza, ale na pewno nie żadnego z górali pod Giewontem. W sprawę wmieszał się ksiądz proboszcz Kazimierz Kaszelewski – i prezes Towarzystwa Muzeum Tatrzańskiego, dr Władysław Florkiewicz polecił szkaradę z wystawy usunąć.

Limanowski i popierający go lewicowy tygodnik „Przegląd Zakopiański” zareagowali bardzo ostro, oskarżając Florkiewicza i zakopiańską gminę o wstecznictwo i ciemnotę. Aliści dalsze badania nad znaleziskami z Jaskini Magurskiej wykazały bezpodstawność hipotezy Limanowskiego i popierających go osób: wszystkie trzy kości zostały obrobione wyłącznie przez naturę. Tatrzański człowiek jaskiniowy okazał się być czystą fantazją.

Od południa, od równin węgierskich oczywiście ludzie zaglądali w Tatry od dawna. Rzecz jasna, nie dla celów turystycznych: od stuleci eksploatowano zasoby naturalne gór. Ślady górnictwa w tamtym rejonie – m.in. w głębi Doliny Wielickiej – pochodzą aż z 500 roku przed Chrystusem. Na Słowacji także odnajdywano obrobione fragmenty polskiego krzemienia, co świadczyć może nie tylko o istnieniu na tych terenach ludzi neolitycznych, ale także o ich migracjach, a może działalności typu eksport-import? Z północnej – chłodniejszej, porośniętej gęstym lasem, trudno dostępnej strony, wyglądało to nieco inaczej.

W pierwszych wiekach nawet ery docierały do tych stron forpoczty kohort rzymskich, zdobywców celtyckich czy osadników niemieckich. Niektóre ślady mają kształt materialnych znalezisk archeologicznych, innych trzeba szukać w nazwach, które dla badaczy mają znaczenie niemal równorzędne z pisemnymi dokumentami.

Żeby coś nazwać, trzeba to coś znać, albo przynajmniej orientować się, gdzie „to coś” się znajduje. Jeżeli w XI wieku w przywileju Henryka IV dla biskupstwa praskiego pojawiają się Tatry jako fragment obszaru władania biskupstwa, to musiano wiedzieć, gdzie leżą. O samej nazwie mówi się, że ma brzmienie iliryjskie, czyli że prawdopodobnie pochodzi z Bałkanów. Dunajec zaś w swym brzmieniu (dobrze znanym w słowiańszczyźnie i wywodzącym się oczywiście od dunaju oznaczającego płynącą wodę) pochodzi z języka celtyckiego, choć oczywiście nie musi to oznaczać, że Celtowie nad Dunajcem bywali (choć z pewnością bywali na pobliskim zatatrzańskim Spiszu). Od Celtów nazwę tę przyjęli Germanie, od nich zaś Słowianie. Niemieckie osadnictwo pojawiło się w różnych częściach Podhala zapewne sporo wcześniej, niż osiedli tu – także w znacznej części z Niemiec się wywodzący – cysterscy zakonnicy. Świadczą o tym nazwy miejscowości, takie jak Szaflary, Waksmund, zapewne także Ludźmierz.

Ale wcześniejsze od nazw osad są z pewnością nazwy miejsc geograficznych, co wynika z charakteru „oswajania” tego terenu. Poruszano się tędy głównie grzbietami górskimi, by uniknąć rozlewisk rzecznych i bagien, a także gęstych borów, sadyby zaś starano się stawiać na kamieńcach rzecznych, skąd rozpoczynano działania związane z „wyrabianiem”, czy jak potem mówiono – „kopaniem” lasów.

I nazwy rzek oraz większych potoków pojawiają się w pierwszych dokumentach osadniczych jako określenia terytorium, których dokumenty te dotyczą. Zazwyczaj, gdy jest mowa o „pierwszym wzmiankowaniu” takiej czy innej nazwy – nazwa ta nie dotyczy osady, tylko rzeki. Oczywiście, najczęściej – choć nie zawsze – z czasem nazwa rzeki przenoszona była na nazwę osady, która nad rzeką tą powstała. Tak było w przypadku Rogoźnika, Leśnicy, Ostrowska, Czarnego i Białego Dunajca, Poronina, a nawet Szaflar i Nowego Targu, które w swoim czasie nazywano po prostu „Dunajec”. Nazywano też osobnymi określeniami campi et prata, pola i łąki i to one najczęściej były wymieniane w pierwszych przywilejach, a nie wsie.

Podhalański koktajl etniczny

Jedenasty wiek. Myślenice pod Krakowem to w zasadzie rogatka Polski w drodze na południe. Dalej w stronę Tatr ciągnie się gęsta puszcza, poprzecinana nielicznymi rzekami i jeszcze rzadszymi traktami karawan kupieckich. Omijają one zarówno wyższe wzniesienia Beskidów, jak i, oczywiście, Tatry. Ponoć po wyprawach Bolesława Chrobrego wystawiono niewielką strażę, a może nawet drewniany gród na wapiennym wzgórzu koło dzisiejszych Szaflar. Jeśli nawet gród taki rzeczywiście istniał – musiał mieć załogę nieliczną, złożoną z żołnierzy królewskich, „dostarczanych” pewno z Krakowa. Musieli się tu okropnie nudzić, bo w okolicy, poza dzikimi zwierzętami nie było żadnych atrakcji, a i pilnować po prawdzie nie było czego – ubogi, pieszy trakt kupiecki, wiodący przez południowy skraj nowotarskich borów, czyli torfowisk, na Orawę i dalej – na Węgry, pewno nie był specjalnie niepokojony przez rozbójników. Nie było czego bronić, nie było przed czym bronić, zatem pewno przydatność Bolesławowej straży była problematyczna. Niewielki zameczek, zapewne drewniany, otoczony wałem ziemnym pod zachodu i południa, od wschodu chroniony przez stromość skały. Uważa się, że mógł strzec dróg, prowadzących z Podhala na Orawę, ale chyba był na to za bardzo od tych dróg oddalony. Musiał mieć znaczenie bardziej psychologiczne w stosunku do ekspansywnej akcji osadniczej idącej na północ od strony Węgier. Wiązanie go z obroną drogi handlowej wydaje się mało uprawnione, bo nieliczna załoga stacjonująca kilkanaście kilometrów na południe od kupieckiego traktu niewiele mogłaby wskórać w razie napadu. Budowa gródka w Szaflarach była więc raczej czymś w rodzaju demonstracji siły czy prawa własności do tych terenów ze strony władców Polski (a dokładniej – dzielnicy senioralnej w Krakowie) wobec Węgrów, którzy prowadzili akcję kolonizacyjną od drugiej strony Tatr.

Mogło być i tak, że gródek Szaflarski miał strzec bezpieczeństwa pierwszych osadników, osiadających w puszczańskim terenie wokół niego, być może tworzących coś w rodzaju podgrodzia. Jeśli tak, to właśnie późniejsze Szaflary mają tytuł do uważania się za najstarszą osadę nowożytnego Podhala.

Osadnictwo bowiem posuwało się coraz dalej na południe. Naturalnymi ciągami komunikacyjnymi były rzeki – na ich obrzeżach, przy kamieńcach gdzie najłatwiej było wykarczować drzewa, osiedlali się ludzie. W górę Dunajca od stron sądeckich, w górę Raby od Krakowa szli rolnicy z dalekich stron. Część osadnictwa posuwała się także wprost na południe – zapora Gorców została pokonana najprawdopodobniej w ciągu XII stulecia.

Na terenie Podhala mamy do czynienia z grubsza biorąc z dwoma typami osadnictwa: część wsi powstaje „na surowym korzeniu”, kiedy to na słabo zwykle znanym terytorium, określonym w dokumentach tylko z grubsza, na mocy przywileju (wydanego przez posiadacza lub dzierżawcę terenu, albo kancelarię królewską) osiada sołtys wraz z grupą kolonistów i w zamian za prawo do korzystania z ziemi i jej płodów jest zobowiązany do świadczeń na rzecz gestora. Tak powstawały wsie na zasadzie prawa niemieckiego, lub modyfikowanego prawa wołoskiego. Innym przypadkiem, najczęstszym w południowej części Podhala, była zasada zasiedlania terenu, znanego i wykorzystywanego wcześniej jako tereny pasterskie. Migracyjne pasterstwo podhalańskie tworzyło najpierw osady sezonowe, które z czasem przekształcano na stałe.

W czasach historycznych pierwsze penetracje terenu północnego i zachodniego Podhala wiążą się z drogami, które łączyły Kraków z Orawą (przez okolice Klikuszowej, późniejszego Ludźmierza, Czarnego Dunajca i Suchej Góry, do której przeprawiano się prawdopodobnie w Koniówce) oraz ze Spiszem i Węgrami, przez Waksmund, Czorsztyn i Sącz lub przez Nową Białą i Niedzicę. Na skrzyżowaniu tych dróg, na terenie późniejszego Nowego Targu, istniał posterunek celny, kontrolujący obrót głównymi towarami, jakimi były sól, ołów i metale kolorowe, a także wino. Wokół placówki powstała jedna z najstarszych osad Podhala, nazywana po prostu Cło (późnej – Stare Cło). Sprawy ulegają przyspieszeniu w trzeciej dekadzie XIII w. Na zjeździe w Dankowie w 1234 r. wojewoda krakowski Teodor Gryfita uzyskał od księcia Henryka Brodatego przywilej na osadzanie Niemców w pobliżu rzek Ostrowsko, Dunaiecz, Dunaiecz Niger (Czarny), Rogoznik, Lipietnicza (Lepietnica) i innych, poza Podhalem. Pojęcia osadzanie Niemców nie należy rozumieć dosłownie: poza osadnikami niemieckimi, którymi rzeczywiście wtedy kolonizowano nie tylko Śląsk i Małopolskę, ale także prawie całą Słowację, chodzi tu zapewne o zasadę prawa niemieckiego, która miała na tych ziemiach obowiązywać. Bo choć w następnych latach spotykamy tu wiele nazw i imion niemieckich, to jednak znakomita większość osadników wywodzi się z Polski, niekiedy także z terenów węgierskich.

W tym samym 1234 r. wojewoda zwraca się do biskupa krakowskiego Wisława i ten wyraża zgodę na zbudowanie kościoła pod wezwaniem Marii Panny na ziemi Teodora, zwanej Ludemer. Ten zaś dla wypełnienia misji osadniczej i pobudowania pierwszego na tych ziemiach kościoła parafialnego sprowadza na Podhale zakonników z klasztoru cystersów w Jędrzejowie. To im przypadnie w udziale wykonanie pierwszej zorganizowanej misji osadniczej na tym terenie. Za pierwszą wieś lokowaną przez cystersów na Podhalu uchodzi wcale nie Ludźmierz, tylko Krauszów, założony w 1327 r. (Ludźmierz 1333). Ale to nie najstarsza wieś podhalańska. Miano to przysługuje Rogoźnikowi, który powstał przed 1237 r. i został założony bezpośrednio przez Gryfitów, niewykluczone, że przez Jaxę, o którym legenda mówi, że swoje niezbyt rycerskie zachowanie (stchórzył w czasie bitwy z Prusakami) sam skazał się na banicję i żył jak pustelnik w Rogoźniku właśnie. W 1237 Rogoźnik należał do jego syna Sulisława, od którego jego stryj Teodor Gryfita kupił wieś, udzielając dodatkowo jeszcze innego wsparcia materialnego, by potem przekazać Rogoźnik cystersom. Oczywiście, o ile chodzi tu o podhalański Rogoźnik, jako że nazwa jest dość popularna (potem „nasz” Rogoźnik lokowany był powtórnie).

Powtarzane niekiedy poglądy, że równie starą proweniencję ma Nowy Targ opierają się na sfałszowanych nieudolnie dokumentach, rzekomo z 1238 i 1251 r. Jednakże miasto niewątpliwie powstało wcześniej niż wydany został przywilej osadniczy króla Kazimierza Wielkiego z 1346 r., bowiem pierwsze wzmianki o plebanach i sołtysach Nowego Targu są o kilkadziesiąt lat starsze.

A skoro już o Nowym Targu mowa… Zwykle uważa się, że nazwa miejscowości pochodzi od istniejącej już w średniowieczu handlowej funkcji miasta. Wydaje się, że taka interpretacja jest błędna. Miasto miało początkowo charakter rolniczy, a targi pojawiły się w nim dopiero później, i to bynajmniej nie w jakiejś imponującej ilości. Sama nazwa także nie zmusza nas do poszukiwań jakiegoś „Starego Targu”, którego w okolicy nie było: Novum forum czyli Neumarkt to popularna nazwa w Niemczech, a ok. 1210 r. za czasów Henryka Brodatego na terenie starej śląskiej osady handlowej o nazwie Środa założono nową i nazwano ją Nowym Targiem. Ponieważ zaś przy okazji tej lokacji stworzono na użytek nowego miasta zespół odrębnych przepisów (oparty częściowo na prawie, obowiązującym w niemieckim Halle, będącym z kolei odmianą prawa, stworzonego dla Magdeburga) – prawo to nazywano zazwyczaj prawem średzkim, ale także – co wielokrotnie przywołują dokumenty z czasów Henryka Brodatego – prawem nowotarskim, Jus Novi Fori, także w wersji kompromisowej – Neumarkt-Magdeburger Recht. Najprawdopodobniej więc owa hipotetyczna lokacja miasta na Podhalu (pierwszego i przez wiele stuleci – jedynego) za czasów cysterskich oparta została na prawie nowotarskim, a miasto przez analogię otrzymało taką samą nazwę jak wspomniana dzielnica Środy Śląskiej.

W początkach XIV w. akcję kolonizacyjną na Podhalu rozpoczął także możny rycerski ród Śreniawitów, którego przedstawiciele założyli Harklową, Dębno i Ostrowsko, zaś klasztor starosądeckich klarysek w tym samym czasie lokował miejscowości na wschodzie regionu, w tym Kluszkowce.

W kraju panowało wówczas rozbicie dzielnicowe. Książę krakowski Henryk Brodaty nadał wojewodzie krakowskiemu Teodorowi z rodu Gryfitów prawo osadnictwa na terenie południowych królewszczyzn, za pasmem Gorców. Wojewoda, znany pod przezwiskiem „Cedro”, sprowadził w tym celu zakon Cystersów, którzy w 1234 r. założyli pierwszą na Podhalu parafię – w Ludźmierzu. Musieli zatem już przedtem w tej okolicy przemieszkiwać ludzie – choć zapewne nieliczni, bo na przestrzeni kilkudziesięciu lat udało się Cystersom założyć jeszcze tylko dwie miejscowości: Rogoźnik (od głównej siedziby zakonu zwany szczyrzyckim) i Krauszów. W miejscu, gdzie dziś są przedmieścia Nowego Targu, powstała osada Cło, na skałce za dzisiejszymi Szaflarami, prawdopodobnie w miejscu dawnej straży Chrobrego, Cystersi wznieśli niewielki zameczek, mający służyć ich ochronie. Niewiele pomogło: intrata z biednych parafian była chuda, klimat nie sprzyjał rolnictwu, a zbójnicy wydzielali sobie niemałą część z mnisich dochodów.

Pewno więc zniechęceni do Podhala, przenieśli się Cystersi do Szczyrzyca, pozostawiając ludźmierską parafię własnemu losowi, a dla podreperowaniu finansów wydzierżawili zameczek szaflarski pewnemu Żydowi-przechrzcie, który tam założył prywatną mennicę, gdzie bił fałszywą monetę.

Król Ludwik Węgierski polecił Cystersom ukrócić przestępczy proceder ich podopiecznego. Ale – to oczywiście insynuacja – szczyrzyccy braciszkowie byli widać zainteresowani dalszym istnieniem mennicy, bo apele królewskie pozostały bez echa. Wysłał więc król wojsko, które zdobyło szaflarską skałkę, a Żyda wraz z zameczkiem i jego technicznym wyposażeniem spaliło. Cystersom, jako wspólnikom fałszerza, odebrano przywileje osadnicze i Podhale na powrót stało się własnością królewską.

Daleką drogę pod Tatry odbyli przodkowie dzisiejszych górali – korzenie mieszkańców Podhala sięgają daleko w głąb Małopolski – aż hen, poza Sandomierz. Oni to właśnie w ciągu XIII i XIV wieku przesuwali osadnictwo na południe od Gorców. Małopolskie rolnictwo osiadłe, zajmujące się przede wszystkim uprawą zbóż i przydomową hodowlą, było główną podstawą utrzymania Podhalan. Ich kultura duchowa niewiele odbiegała od kultury małopolskiej. Kolonizacja jednak dotarłszy do Szaflar, zatrzymała się tam prawie na dwa stulecia.

Tymczasem w ciągu XIV i XV wieku, łukiem Karpat aż z dalekiego Siedmiogrodu posuwają się na zachód plemiona pasterzy wołoskich. Wołosi, co prawda, w Tatry sami nie dotarli, ale na Podhalu bardzo szybko przyjęła się ich kultura – migracyjna gospodarka pasterska, przewaga hodowli nad uprawą roli, muzyka i taniec – wszystko to doskonale pasowało do podhalańskich warunków klimatycznych i górskiej topografii.

I właśnie te dwa składniki – małopolski i wołoski – stanowią podstawę podhalańskiego koktajlu etnicznego. Obydwa dają się łatwo wyróżnić do dnia dzisiejszego: niemal przy każdym góralskim gospodarstwie na Podhalu znajdzie się spłachetek pola, na którym – z lepszym czy gorszym skutkiem (zwykle gorszym) usiłuje się uprawiać liche zboże czy ziemniaki. Często przysypuje je śnieg nim zdążą dojrzeć. Te atawistyczne przywiązanie do ziemi to właśnie scheda po owych chłopskich, osiadłych przodkach spod Sandomierza.

Ale równie trwała jest wśród Podhalan tendencja migracyjna: sezonowe wędrówki z owcami w tatrzańskie hale czy, ostatnio, dalej – w Pieniny, Beskidy, Bieszczady czy Sudety są od czterech wieków stałym składnikiem kultury rolnej górali. Złośliwi powiadają, że sprawia to charakter góralskich niewiast: mężczyźni choć przez kilka miesięcy w roku przy ciężkiej pracy na hali chcą odpocząć od uroków domowego ogniska…

I choć sezon wypasowy w Tatrach trwa niewiele ponad trzy miesiące, choć nieraz i w środku lata trzeba spędzać stada z hal, przysypanych śniegiem, choć ekonomicznie wypas taki nie jest należycie uzasadniony – utrzymuje się go do dziś.

Myliłby się wszakże ten, kto by sądził, że wymieniliśmy już wszystkie składniki podhalańskiego koktailu. Jesteśmy tu na pograniczu, na ziemi kresowej, gdzie od stuleci ścierają się kultury różnych narodów. Od wschodu docierały na Podhale wpływy Rusinów i Ukraińców, od południa i zachodu – Węgrów, Słowaków i niemieckojęzycznych spiskich Sasów.

Wiele pozostałości tych wpływów odnaleźć możemy w rozmaitych nazwach. Turyści znają Przełęcz Iwaniacką i Polanę Iwanówkę w Tatrach – od góralskiego nazwiska Iwan, Polanę Rusinową, niemiecko brzmiące nazwy miejscowości Waksmund, Szaflary, Krauszów, Frydman… Nazwiska góralskie Majer i Majerczyk, Gut, Litwin i Tatar także dają nam sporo do myślenia.

O tych Tatarach sporo słyszy się od lat pod Tatrami. Niektórzy nawet od skośnookich wojowników wywodzą samą nazwę naszych najwyższych gór, ale nie jest to słuszne. Wiele namieszał w tej sprawie Seweryn Goszczyński, powtarzając zasłyszaną wśród górali opowieść o wielkiej bitwie Podhalan z Tatarami w Dolinie Kościeliskiej. Najeźdźcy, oczywiście, ponieśli sromotną klęskę, a ich bielejące kości dały nazwę dolinie. To także nieprawda: nazwa doliny podchodzi zapewne od kościółka, który był w niej zbudowany w czasach, gdy istniała tam górniczo-hutnicza osada. Może ta legenda to dalekie echo bitew z Tatarami rozgrywanych w północnych częściach Podhala, czy wręcz w Pieninach i Beskidzie Sądeckim?

Już bliższa prawdy wydaje się inna opowieść Goszczyńskiego – o tym, że po bitwie z Tatarami pod Nowym Targiem tamtejsza starościna Anna Wielopolska (siostra Marysieńki Sobieskiej) osadziła jeńców tatarskich na południowych kresach swych włości. Zasymilowali się zupełnie, założyli własną osadę (istnieje do dziś w Zakopanem osiedle „Tatary”) i uchodzą za typowych górali. Jednym z najsłynniejszych przewodników tatrzańskich był Szymon Tatar – suchy, smagły, niewysoki, o lekko skośnych oczach. Może rzeczywiście był potomkiem owych jeńców Anny Wielopolskiej?

Jednak na ogół z nazwisk czy przydomków góralskich wnioskować zbyt pochopnie nie można: trudno sądzić, że góralskie nazwisko Litwin sięga korzeniami aż nad Wilejkę – raczej ród ten wywodzi się z walczących u boku polskiej szlachty wybrańców, których losy wojenne zagnały na północny wschód – z czego poszedł przydomek. Ale oczywiście stanowczo wykluczyć jakiejś migracji pojedynczej rodziny litewskiej na Podhale nie można. Trudno byłoby jednakże sądzić, że gałąź rodu Chramców – o przydomku „Francuz” wywodzi się znad Sekwany; zapewne jeden z przedstawicieli rodu, wcielony do wojska austriackiego, walczył we Francji, może nawet był w czasie wojen napoleońskich wzięty do niewoli. Podobnie nierzadki na Podhalu przydomek „Amerykan” otrzymywał ktoś, kto był za „wielką wodą”.

Oszuści, urzędnicy i pracowity Jarząbek

W owym czasie – czasie Małopolan i Wołochów i długo, długo potem o Zakopanem nikomu się jeszcze nie śni. Ale Tatry już są Podhalanom znane. No, może nie Tatry, tylko hale tatrzańskie – wołoskie tradycje pasterstwa migracyjnego prowadzą górali ze stadami owiec na wysokie łąki górskie. Wędrują więc ku widocznym z dala na horyzoncie halom aż z odległych wiosek podgorczańskich. Wyruszają uroczystym redykiem w czasie, gdy Tatry jeszcze bieleją w śniegu. Miesiąc, czasem półtora wędrują grzbietami odsłoniętych wzgórz Podtatrza, w górę potoków, lasami reglowymi, po drogach, wyciętych przez poszukiwaczy skarbów czy tatrzańskich górników.

Wiele dni pozostają na t.zw. przepaskach – zatrzymując się z owcami na połogich wzgórzach i polanach wykarczowanych („kopanych”) w tym celu w lesie. Za człowiekiem i jego owcami idzie w Tatry związana z nimi roślinność synantropijna. Siekiera górala wycina w reglu pierwsze polany śródleśne. Przyozdabiają się one fioletowymi kobiercami krokusów. Zwierzęta górskie, płoszone zgiełkiem ludzi i gospodarskiej żywiny, szczute psami, zabijane dla mięsa i dla fantazji, cofają się w coraz ustronniejsze partie gór. Człowiek z Podhala bierze Tatry i ich przyrodę w swoje posiadanie. W dziele konkwisty współdziała z nim człowiek z nizin, poszukujący w górach szlachetnych kruszców i drogich kamieni, eksploatujący rudy metali, zakładający pierwsze huty.

Ale na razie jest ich wszystkich mało i daleką mają drogę do Tatr. Podhalanie z Klikuszowej, Waksmundu i Białki idą z owcami w rejon Bukowiny, Morskiego Oka i Pięciu Stawów. Sołtysia rodzina Kalatów z Szaflar obejmuje we władanie rejon okolicy Giewontu, z polaną, która potem zostanie nazwana Kalatówkami. Z Bańskiej i Maruszyny pędzą owce górale przez Gubałówkę i dzisiejszą dolinę zakopiańską, w okolicę, zwaną „Stawami”. Piękna hala od nazwiska jednego ze znaczniejszych rodów z Maruszyny – Gąsieniców – otrzyma nazwę Hala Gąsienicowa.

Tak, tak właśnie. Synonim zakopiańskości, ów opiewany w księgach i filmach „ród Gąsieniców” wywodzi się właśnie z Maruszyny koło Szaflar.

Tatry Zachodnie, od początków XV wieku poznawane przez górników kruszcowych, przyciągają także górali zza Gubałówki. Miętusowie z Czarnego Dunajca i Cichego obejmują hale w rejonie Doliny Miętusiej i Małej Łąki. Ich sąsiedzi z Nowego Bystrego idą z owcami do Kir i Kościeliskiej. Chochołowianie użytkują hale w najbardziej na zachód wysuniętej polskiej dolinie tatrzańskiej, dziś znanej właśnie jako Chochołowska.

Prowadzi w Tatry kilka dróg, spośród których cztery nabierają szczególnego znaczenia. Wschodnia, z okolic Nowego Targu i Waksmundu przez Białkę i Bukowinę do Morskiego Oka i Pięciu Stawów. Zachodnia – z Czarnego Dunajca i Chochołowa w Tatry Zachodnie. I dwie, dla nas tu najistotniejsze: z Szaflar, Gronia i Białego Dunajca do Ustupu, a dalej przez Bachledzki Wierch, Antałowkę i Koziniec lub Olczę i Bystre – w rejon Giewontu, Kopieńca, Hali Gąsienicowej oraz z Maruszyny, Bańskiej i Zębu przez Gubałówkę i Kotlinę Zakopiańską do dolin reglowych, Małej Łąki i Stawów Gąsienicowych.

Obydwie te drogi prowadziły przez teren dzisiejszego Zakopanego. Na wzgórzach Bachledzkiego Wierchu i Antałówki, na słonecznym stoku Gubałówki, na polanach w pobliżu kamieńców Cichej Wody odbywały się wiosenne i jesienne przepaski. I pewno jeden z redykających się baców, a może jakiś pokłócony z rodziną juhas postanowił nie wracać na zimę do rodzinnej wsi. Zgromadziwszy zapas siana dla bydła, gruli i mąki owsianej dla siebie – pozostał nad Cichą Wodą na długie, śnieżne i mroźne miesiące. A może akurat zima nie była ostra? Wiemy, że na wystawionych „do słonecka” południowych stokach Gubałówki niekiedy śnieg leży tylko przez kilka tygodni w roku, a mocna operacja słoneczna czyni z tej okolicy prawdziwą „patelnię” już od połowy stycznia…

Górale

Górale

Ludowe podanie ubrało te fakty w barwniejszą szatę: oto z pasterskiego szlaku przez grzbiet Gubałówki zszedł na piękną, słoneczną polanę nad rzeką pierwszy osadnik, z powodu pręgowanej cuchy zwany Gąsienicą. Rozejrzawszy się w okolicy, postanowił osiedlić się tu na stałe. By sprawdzić, czy miejsce nadaje się do zamieszkania, zakopał na polanie ziarenko owsa. Niebawem pięknie wzeszło i jesienią wydało obfity plon. Gąsienica zamieszkał zatem na polanie, którą od owego zakopanego ziarenka nazwano „Zakopane”.

Jest to typowa etymologia ludowa, dorabiająca ideologię do paru faktów. Zgodnie z zasadami językoznawczymi, należy przypuszczać, że nazwa wywodzi się od dwóch słów – „za” i „kopane” (tu w znaczeniu – karczowane). Gdzieś tam, może na Ustupie, było pole kopane, polana wykarczowana w podtatrzańskim lesie. I kiedyś jakiś desperat postanowił osiąść dalej, za owym „kopanem”. A gdy go pytano ka siedzi (gdzie mieszka) – odpowiadał: za kopanem. Stąd poszło – Zakopane.

Taką etymologię podają naukowcy i jest obecnie powszechnie przyjęta. Czy jest słuszna? Zapewne, mogło tak być. Ale czy na pewno było? Czy ja wiem…

W każdym razie, w ciągu XVI wieku osadnictwo podhalańskie dociera do południowych granic starostwa nowotarskiego. Na mocy przywilejów, wydawanych przez starostów Pieniążków i Witowskich powstaje większość wsi Skalnego Podhala. Ale Zakopane ma większe ambicje.

Nie tak dawno hucznie obchodzono pod Giewontem 400-lecie Zakopanego – rocznicę wydania w 1578 roku przywileju osadniczego dla Zakopian. Dokument, podpisany przez króla Stefana Batorego, co prawda nie zachował się, ale wspominał o nim późniejszy, z 1670 roku pochodzący przywilej króla Michała Wiśniowieckiego. Jednakże dokument Michałowy także zaginął i znamy go tylko z późniejszych, mało wiarygodnych odpisów.

Czy zatem miało Zakopane pecha do trwałości dokumentów? Czy może dokumenty te w ogóle nie istniały? Cóż – wypadnie powiedzieć, że chyba tak właśnie było… Pomijając sam układ treści dokumentu króla Batorego, nieadekwatny do epoki, w której rzekomo miał powstać, największą wątpliwość budzi sam królewski podpis – otóż w 1578 roku prawo do wydawania praw lokacyjnych miał nowotarski starosta Jan Pieniążek. Zatem jego nazwisko winno figurować w dokumencie!

Najmniej wątpliwości budzi data: lata 70-te XVI wieku to okres, kiedy z pewnością między Giewontem a Gubałówką żyło już kilka rodzin góralskich. Co prawda na przykład w dokumencie sądowym spadkobierców starościny Zofii Pieniążkowej występujących w 1616 r. o rekompensatę za wsie, założone przez ich ojca, Zakopane nie jest wymienione. Ale nazwa ta pojawia się już wcześniej, na samym początku XVII stulecia, w zapisie w Kronice Parafii Czarnodunajeckiej, pod datą 24 października 1605 r.:

W imię Trójcy Przenajświętszej, Amen. Na cześć i chwałę Panu Bogu Wszechmogącemu, my – Jan Miętusz, sołtys Dunajecki, Wawrzyniec sołtys Pieniążkowski, Jan Wróblowski sołtys, Tomasz Chochołowski sołtys, Piotr Czerwiński sołtys, Jakub Subski kościelny i przysiężnik w Dunajcu, w swoim i inszych sołtysów i wszystkich gromad tu zgromadzonych tych opisanych wsi Króla Jegomości, a to jest: Czarny Dunajec, Rogoźnik, Ratułów, Ciche, Podbrody, Chochołów, Załuczne, Podczerwone, Odrowąż, Dział, Pieniążkowice, Długopole, Wróblówka i należących obecnie do tej parafii kościelnej zarębków: Witów, Dzianisz, Bystre i Zakopana – tu na jedno miejsce się zgromadziwszy zezwoliliśmy wszyscy ze wsi pomienionych obywatele na to, aby się miał czym kontentować kapłan sługa boży….

Po tym rolniczym początku Zakopane rozwijało się dalej jako miejscowość złożona z poszczególnych osad chłopskich, w której główną dziedziną gospodarki była hodowla. Wypasano tu owce od dawien dawna (w przywilejach starszych wsi podhalańskich widnieje prawo do wypasu m.in. na polanach Chramcówki, Spyrkówka, Gubałówka itd.), osobną historię miał przysiółek Ustup i Olcza, traktowana początkowo jako osobna wieś, założone i rozwijające się w myśl praw wołoskich. W 1694 r. bowiem, w dokumencie o współużytkowaniu młyna Gąsieniców jako świadkowie występuje m.in. młynarz z Ustupu Błażej – wojewoda wałaski, zaś wg Stanisława Eljasza-Radzikowskiego i Jana Czubka Ustup miał być częścią Olczy. Olcza zaś, jako osobna wieś, wymieniona jest w inwentarzu z 1629 r., a z nazwiskiem Ustupski funkcja „wojewody wałaskiego” wiązana jest aż do końca XVIII w. Według niektórych to właśnie Ustup miał być tą polaną Kopane, za którą mieszkający kmiecie założyli Zakopane.

W lustracji z 1676 r. w Zakopanem, Olczy i Poroninie razem naliczono 43 gospodarzy, zaś w 1692 r. w samym tylko Zakopanem spisano 597 owiec, co dawało niespełna 100-letniemu Zakopanemu drugie miejsce po Białym Dunajcu pod względem wypasu. Olcza wtedy wypasała 257 owiec.

Jednym z pierwszych rzeczywiście oryginalnych, zachowanych dokumentów jest akt starościński, potwierdzający spłatę czynszu za Polanę Zakopane, posiadaną przez spadkobierców niejakiego Pawła Rubzdela, rodem z Maruszyny. Dokument datowany jest na rok 1616, kiedy to w Zakopanem gazdowało już drugie pokolenie Rubzdelów. Polana Zakopane to miejsce związane z legendą o zakopanym ziarnie. Czy Rubzdel i Gąsienica to ta sama osoba? A może Rubzdel to nazwisko (zresztą najwyraźniej niemieckiego pochodzenia), a Gąsienica – przydomek? Rzecz o tyle prawdopodobna, że obydwa te miana notowano w zagubałowskiej Maruszynie.

Często powtarza się, że Podhale było niezawisłą królewszczyzną, której mieszkańcy nie znali pańszczyzny, z czego brała się – i bierze nadal – hardość i niezależność górali, ceniących wolność ponad wszystko. Dużo w tym wszystkim przesady i trochę nieprawdy – i z tym brakiem pańszczyzny (nie zawsze i nie wszędzie jej na Podhalu nie było) i z tą niezależnością i umiłowaniem swobody. Jak każdy stereotyp, tak i ten tylko zbliża się do rzeczywistości i oddaje pewną prawidłowość – powiedzmy – statystyczną.

Pomijając szczegóły (jak stałe egzekwowanie odrobku na folwarku szaflarskim czy rozszerzanie tego procederu na inne wioski za czasów starosty Mikołaja Komorowskiego) – ziemia na Podhalu była własnością państwową – królewską, a zarząd nad nią sprawowali starostowie rezydujący w Nowym Targu. Król lub występujący w jego imieniu starosta cedowali część ze swych praw własności na rzecz indywidualnych gospodarzy, oddając im w użytkowanie poszczególne role, nadając sołectwa i prawa osadnicze. Władza czyniła to chętnie, bowiem gdy brakowało siły, by nakazywać czy zakazywać czegoś poddanym, górale praktycznie sami gospodarzyli na ziemi podhalańskiej, nie za często pytając kogokolwiek o zgodę.

W tej sytuacji prawne uregulowanie tych spraw było dla państwa nader korzystne – za użytkowane grunty oficjalnie nadane trzeba było płacić podatek.

Oczywiście, można było w zasadzie użytkować ziemię bez jakichkolwiek dokumentów. Ale wobec coraz większego tłoku na Podhalu istniała groźba, że sąsiedzi staną się konkurentami i zapewnią dla siebie i swoich dzieci ziemię na własność. Dlatego też niejeden z górali podejmował spory trud, by uzyskać dokument starościński czy nawet królewski, zapewniający władanie spłachetkiem podhalańskiej ziemi.  

Jest rok 1630. Na nieszczęście dla bohatera tej opowieści, król Zygmunt III Waza niedawno przeniósł stolicę Polski z Krakowa do Warszawy. Rolnik Jędrzej Jarząbek, rodem ze wsi Bańska, od dłuższego czasu użytkuje sporą łąkę w Zakopanem, pod reglami. Kosym okiem patrzą na to sąsiedzi – Gąsienicowie-Walczkowie. W tej sytuacji Jędrzej Jarząbek wdziewa odświętną cuchę, suje do gazdowskiej torby trochę mąki na kluskę i owsiane placki, obuwa kierpce i rusza w daleką drogę do Warszawy, by tam stanąć przed królem. 

No, może nie przed samym królem – ale na pewno przed królewskim kanclerzem. Ile czasu zajęła mu podróż? Jak dotarł do Warszawy? Jak zdołał dostać się na dwór Zygmunta III? Nie wiemy i zapewne nie dowiemy się nigdy… Ale czyż nie jest to temat dla pióra historyka – fabularysty czy zgoła dla kamery Jerzego Hoffmana?

Faktem jest, że udało się znakomicie. Stoi oto Jędrzej Jarząbek przed sekretarzem królewskim i przedkłada swoją sprawę: prosi o nadanie ograniczenia, czyli prawa cerklowego określającego granice a zarazem prawa do użytkowania polany Żywczańskie w Zakopanem.

Najwyższy urzędnik państwowy nie ma pojęcia, gdzie jest Polana Żywczańskie. Nie orientuje się, gdzie leży wieś Zakopane; dobrze, jeśli wie, gdzie jest starostwo nowotarskie. Ale zależy mu na tym, żeby ziemia nie leżała odłogiem lub by nie była użytkowana bez opłaty, więc chętnie pisze w dokumencie to, o co prosi go Jarząbek. Ba! pisze nawet tak, jak prosi go Jarząbek.

Najpierw oficjalna preambuła dokumentu:

Pracowity Jędrzej Jarząbek ze wsi Bańska przyszedłszy do Warszawy do nas Zygmunta III króla polskiego w sobotę przed św. Wojciechem w roku tysiąc sześćsetnym trzydziestym, który upraszał, aby mu polany Żywczańskie zwanej ograniczenie czyli Cyrkiel wydaliśmy. A ta polana Żywczańskie zwana leży we wsi Zakopane w starostwie nowotarskim. Na którą prośbę w ten sposób wydajemy ograniczenie czyli cyrkiel jako to:

I teraz kanclerz pisze tak, jak to mu góral dyktuje:

Najprzód na żleb od Wierzchu Opalonego, powtóre na żleb Spadowy bez puste pole, po trzecie na żleb z pod Świniej Skały, po czwarte na żleb od Dziadów bez puste pole aż na Suchy Żleb, po piąte na jawora na dół Suchym potoczkiem bez las starościński na troisty potok, po szóste na jedlę, na buka i na błocisko na dół potoczkiem aż na lipę bez puste pole, z pustego pola na Biały potok – ograniczono jest.

I, znów urzędowe, zakończenie:

Które ograniczenie czyli cyrkiel dla wiadomości i pewności pracowitemu Jędrzejowi Jarząbkowi we wsi Bańska wydajemy i podpisem approbujemy. Dano w Warszawie w sobotę przed św. Wojciechem w roku 1630.

Potem pieczęć i podpis: Zygmunt III, król.

Dodajmy, że większość nazw, które podyktował Jarząbek kanclerzowi, w okolicach usytuowanej pod Reglami polany Żywczańskie funkcjonuje i dziś i daje się zidentyfikować i na mapach, i w terenie…

Korzystał zatem Jarząbek z polany w Zakopanem, ale mieszkał w Bańskiej. W Zakopanem zaś dominować zaczynał ród Gąsieniców, którzy dla odróżnienia zaczęli przybierać rozmaite przydomki: Walczaki – od imienia Walenty, Kasprusie – od Kacpra, Nawsie – od miejsca zamieszkania w „nawsiu”, czyli najstarszej części wsi, Sobczaki – znów od imienia Sebastian… Jednakże o gęstości zaludnienia niech świadczy fakt, że z końcem XVII wieku mieszkało pod Giewontem ledwie kilkunastu przedstawicieli tego rodu.

(…)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.