Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Bruksela bliżej Szymanowskiego

Kiedyś, kiedy nasi politycy nie jeździli do Brukseli, tylko nieco bardziej na wschód, do Zakopanego przyjeżdżała młoda muzykolożka z Belgii, o wdzięcznym nazwisku Joëlle van Hyfte, by w zaciszu „Atmy” pisać dysertację o mazurkach Szymanowskiego, a na imprezach zakopiańskich zapoznawać się z atmosferą, w jakiej – jej zdaniem – musiał szukać inspiracji nasz kompozytor. W latach 80-tych podróże takie były dość uciążliwe, ale młodość naszej zaprzyjaźnionej Brukselki pokonywała wszystkie przeszkody z łatwością. Dziś nie ma żadnych przeszkód: wystarczy wsiąść w cokolwiek w Brukseli i za parę godzin jest się w Zakopanem.

Trasę tę duet pianistyczny Marzena Kasprzak-Godeaux i jej mąż, Bernard Godeaux mają chyba dobrze opanowaną, bo już po raz drugi wystąpili w ramach Dni Muzyki Karola Szymanowskiego. Poprzednio grali w 2006 r. w „Atmie”, teraz przyszło im wystąpić w Galerii Ryszarda Orskiego. Ci, co bywają na koncertach i pamiętają to, czego słuchali, mogli porównać te występy. Ja pamiętam i niech mi wolno będzie powiedzieć, że Bernard Godeaux nie tylko pogłębił znajomość języka polskiego (ach, ta urocza cecha frankofonów – akcentowanie wszystkiego na ostatnią sylabę: dobRHY wietschUR panstWU!), ale też posiadł zdecydowanie jeszcze większy kunszt muzyczny. Zaczął od siedmiu spośród dwunastu etiud op. 33 Karola Szymanowskiego – trudnych, wirtuozowskich, mocno impresjonistycznych. Potem było główne danie dnia: utwór Maurice Ravela (skądinąd bliskiego znajomego Szymanowskiego) Gaspard de la Nuit, składający się z trzech nowel muzycznych: Ondine, Le Gibet i Scarbo. Tytułowy „Gaspard” to bynajmniej nie jest francuska wersja imienia Kacper (jak to tłumaczy w swym eseju na temat dzieła Ravela wybitny muzykolog Marcin Gmys), tylko słowo, wywodzące się z języka perskiego, oznaczające „strażnika królewskich skarbów”, tu: strażnika nocnych zjaw. Sam Ravel we wstępie do poematu określa go jako nocnego diabła, sterującego nocnymi strachami. Dzieło muzyczne ma jako podstawę programową kompletnie nieznany dziś utwór poetycki Aloysiusa Bertranda, który dopiero przetłumaczony na muzykę nabrał prawdziwie dramatycznych kształtów. Ondine to rusałka, czająca się w falach jeziora, dokąd chce wciągnąć nieostrożnych przechodniów, by uczynić z nich swoich jednorazowych kochanków. Gdy przechodniów nie ma – skrada się w postaci deszczu do okien, zagląda do mieszkań, a potem rozczarowana brakiem sukcesów – spływa dramatycznymi kroplami po szybach. A więc, gdy widzicie deszcz na szybach, bądźcie czujni: Ondyna gotowa się zmaterializować i uwieść was do wodnego łóżka, z którego nie ma już powrotu…

Bernard Godeaux

Bernard Godeaux

Potem horror się pogłębia: za czystym już oknem pojawia się Le Gibet, szubienica. Jest jeszcze jasny dzień, pusta pozamiejska przestrzeń, ale słońce już zachodzi i poziomymi promieniami oświetla stojącą na horyzoncie szubienicę, na której kołysze się wisielec. W lewo – w prawo, w lewo – w prawo… Jednostajny rytm powraca ostinato w jednej ręce, a towarzyszy mu jako groźne memento przytłumiony dźwięk kościelnego dzwonu, przypominającego o śmierci, która jest nawet w Arkadii. Pointą jest trzeci utwór, Scarbo, które to imię określa kulawego diabła, Asmodeusza, goblina, a może tego samego gnoma, którego muzycznie opisywał już Musorgski w Obrazkach z wystawy. Scarbo pojawia się i znika w ciemnościach nocy, wykonuje mistrzowskie piruety, by po chwili utykając ledwo powłóczyć nogami, co zapewne symbolizuje nasze niezdarne życiowe wysiłki, nieudolne dążenia do osiągnięcia sukcesu, pozorne lub chwilowe powodzenia…

Przyznam, że przeszło dwadzieścia minut siedziałem jak zaczarowany, a moje odczucia chyba podzielała reszta publiczności, bo gdy Bernard Godeaux skończył, oklaski były frenetyczne, a muzyk trzy razy wychodził się kłaniać.

W drugiej części państwo Godeaux siedli razem do fortepianu (ona na miękkim krzesełku, on na twardym składanym, to się nazywa równouprawnienie…), by najpierw wykonać majstersztyk Franciszka Schuberta Divertissement à la Hongroise op. 54. Trzyczęściowe dzieło (Andante – Marsz. Andante con moto – Allegretto), oparte na motywach ludowych jest tak wściekle formalne, salonowe i poprawne, że nie daje się słuchać. Niekończące się powtórki, wolty i przewroty, no, po prostu widzę tych hrabiów, przebranych za węgierskich pasterzy, którzy niby to tańczą na salonach. Momentami wzorowane na Mozartowskim Divertimencie D-Dur ciągnęło się bez końca, usypiając powoli całą publiczność. Czardasz w rytmie gawota i menueta, bassam teremtete, donnerwetter noch ein mal!

Ale wszystko ma na szczęście koniec, także i Schubert. Pointą wieczoru stały się zagrane przez Duo Godeaux trzy Tańce węgierskie Johannesa Brahmsa z 1869 r., znane i lubiane, szybkie, dynamiczne i prawdziwie madziarskie. Ogromnie się podobały, na bisowy deser dostaliśmy jeszcze jeden brahmsowski czardasz i pobrnęliśmy przez błoto w zapadający zmierzch.

Tekst i fotografie: Maciej Pinkwart

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.